Najbardziej niepokoją rodziców, których dzieci skierowano na diagnozę autyzmu. Chodzenie na palcach, wirowanie, kręcenie drobnymi przedmiotami…
Promyczek w grupie dzieci autystycznych się nie znalazł, lecz przez jakiś bardzo martwiły nas jego małe ekstrawagancje. Zaryzykuję tezę, że każde dziecko od czasu do czasu pozwala sobie na „robienie rzeczy po swojemu”. O tym, czy zachowa ustanowione arbitralnie reguły gry, decydujemy tylko my: rodzice.
Wieże samotności
Gdy syn skończył trzy lata, zaczął budować z klocków bardzo ładne wysokie wieże. Cieszyłam się, że ma zainteresowania, w dodatku takie, które niewątpliwie rozwijają jego zdolności manualne i wyobraźnię. Niestety czas budowania nie był wolny od konfliktów. Po pierwsze, Promyczek budował sam, a na każdą próbę włączenia się w zabawę – dorosłego, siostry – wpadał w furię. Po drugie, wieże miały stać w niezmienionym stanie, tam, gdzie syn je zostawił. Każda modyfikacja, ewentualnie zburzenie (omyłkowo, bądź dlatego, że czasem trzeba sprzątać) skutkowała wybuchem histerii – gniewu połączonego z rozpaczą.
Problem wież rozwiązał się sam – z czasem zainteresowanie klockami osłabło. Ponieważ zabawa nie budziła już takich silnych emocji, Promyczek dopuścił do niej siostrę.
Dziś uważam, że godząc się na ataki histerii syna tylko wzmacnialiśmy u niego niepożądane zachowania. Gdybym mogła to przeżyć jeszcze raz, wprowadziłabym zasady: np. po zabawie klocki sprzątamy do pudełka. Albo: ponieważ nie chcesz bawić się z innymi, na dziś kończymy zabawę. Wprowadzenie tego planu w życie na pewno kosztowałoby nas sporo nerwów. Nauczyłam się jednak, że warto konsekwentnie eliminować zachowania, które nam się nie podobają i nie odpowiadają normie.
Cały świat w torbie
Kolejny przykład, który podaję: ku przestrodze. Promyczek swoje skarby pakował do plecaka. Początkowo było to parę drobiazgów. Gdy do zabawek dołączył samolot, plecak zaczął pękać w szwach. Wtedy Promyczek wpadł na genialny pomysł, że ukochane przedmioty można przenieść do torby dla kota. Niebawem kontener był pełen. Syn chciał mieć torbę zawsze przy sobie: w łóżku, na spacerze. A my ulegaliśmy. Bo w moim przekonaniu odebranie mu torby było okrucieństwem; a rozpakowanie: przemocą. Tymczasem godząc się na jego dziwne zachowanie, wzmacnialiśmy je. Utwierdzaliśmy go w tym dziwactwie. Nie warto tego robić. Gdybym mogła to przeżyć jeszcze raz, wprowadziłabym zasady: na spacer możemy zabrać najwyżej dwie zabawki. Do łóżka możemy zabrać najwyżej trzy zabawki. A torba jest dla kota, nie dla przedszkolaka.
Kłopotliwe ubieranie
Trudność numer trzy: ukochana bluzka. Taką modową próbę serwuje rodzicom chyba każde dziecko. Także Mgiełka pewnego dnia objawiła nam się jako panienka mająca zdecydowany gust: „to chętnie ubiorę, a tego nigdy w życiu!”. W ten sposób przejawia się indywidualizm dziecka, to „ja”, które chce samo o sobie decydować. Jest w tym coś dobrego, pod warunkiem, że zachowamy pewne granice.
Promyczek od dawna ma idola. Jest nim Zygzak McQueen. Znają go rodzice chyba wszystkich chłopców świata. Otóż ten Zygzak znalazł się na bluzce absolutnie ukochanej, jedynej w swoim rodzaju, spranej i niestety od czasu do czasu wymagającej czyszczenia. Gdy Promyczek miał trzy lata, pojechaliśmy całą rodziną zobaczyć Paryż. Przez tydzień pobytu syn w zasadzie nie rozstawał się z bluzką. Nie zniechęcały go ani monotonia, ani plamy. Odebranie bluzki oznaczało atak szału, który usłyszeliby wszyscy paryżanie. A my chcieliśmy urlopu i świętego spokoju.
Z czasem ukochaną bluzkę z Zygzakiem, zastąpiła inna ukochana bluzka z Zygzakiem (nota bene wciąż mamy ukochaną bluzkę z Zygzakiem). Ale od czasu, gdy stawiamy na konfrontacje w rozwiązywaniu problemów (czyli zgodnie z wymogami estetyki któregoś dnia ciuch ląduje w koszu z praniem), histerie minęły. Syn sam zanosi Zygzaka do kosza, gdy jest brudny. Gdybym mogła to przeżyć jeszcze raz, wcześniej wprowadziłabym zasadę: plamy? Do pralki. Takie proste rozwiązanie swego czasu wydawało się takie trudne. A tym, którzy boją się krzyku, jak ja kiedyś, mówię: droga do ciszy i uśmiechu na buzi prowadzi przez krzyk. Ten hałas się wreszcie skończy. Nie przejmujmy się nim.
Na koniec, jeszcze w temacie ubierania: dobra, sprawdzona rada. Jeżeli macie kłopot z doborem stroju, ponieważ dziecko kaprysi, można pójść na kompromis, który pozwoli dziecku wybrać, a wam zachować rodzicielski autorytet. Za każdym razem zaproponujcie trzy warianty stroju: np. trzy różne bluzki, spośród których trzeba dokonać wyboru. Wybór należy do dziecka, jednak musi się ograniczyć do ograniczonego zestawu.
Awantura o metkę
A teraz przykład zachowania absurdalnego, którego w porę nie wyeliminowaliśmy, bo w zasadzie nam nie przeszkadzało. Przez jakiś czas (parę tygodni, może i ponad miesiąc) Promyczek nosił czapkę, a pod nią metkę odciętą od ubrania (chyba tam też był Zygzak albo inny filmowy bohater). To, co inne dziecko włożyłoby do kieszeni, on postanowił trzymać na głowie. Był w tym pomyśle przeraźliwie konsekwentny, a sprawa nie była prosta, bo karteczka często wypadała. Czasem wspólnie szukaliśmy jej po domu. Pozwalałam na to. Ponieważ syn był już w terapii i jego życie ogólnie rzecz biorąc najeżyło się zakazami, nakazami i obowiązkami, doszłam do wniosku, że ten niewinny nawyk jest i może bezsensowny ale niegroźny. Przeszło – samo. Metka najprawdopodobniej się zgubiła.
W poradni usłyszałam jednak – i wam przekazuję – że każde zachowanie dziwne, nietypowe należy wygaszać. To znaczy: dążyć do jego wyeliminowania. Gdybym mogła jeszcze raz zmierzyć się z metką, od razu wyjęłabym ją spod czapki. Albo po zabawie powiedziała: ok., bawiliśmy się w noszenie przedmiotów pod czapką, ale teraz wszystko odkładamy na półkę. Koszt: jedna, może dwie próby sił – z wrzaskiem i całym arsenałem małego manipulatora. A potem: po kłopocie.