Wymuszanie krzykiem i płaczem

posted in: Trudne zachowania | 0

Tak scharakteryzowałabym podstawowy problem, któremu musieliśmy stawić czoła. I jak się zdaje, jest to problem uniwersalny, choć większość rodziców potrafi sobie z nim poradzić, gdy dziecko ma lat 2-3. Nam zajęło to więcej czasu.

 

Dziecko ma prawo być niezadowolone, jeżeli coś idzie nie po jego myśli. Mały człowieczek często narażony jest na frustracje: żyje w świecie, w którym większość reguł ustanowili inni, jest mniejszy i słabszy, mniej sprawny – wiele rzeczy, jak choćby budowanie skomplikowanych konstrukcji z klocków mu nie wychodzi.

 

W tej sytuacji sięga po swoją najsilniejszą broń: płacz i krzyk. Czasem jest to reakcja spontaniczna, innym razem czysta manipulacja – gdy tylko przyczyna niezadowolenia zostanie zlikwidowana (oddajemy odebrany przedmiot, włączamy na powrót telewizor) zły nastrój znika.

 

Taka histeryczna reakcja pojawia się w sposób naturalny, ale problemem stanie się dopiero wtedy, gdy – jak w naszym przypadku – ją wzmocnimy. Zaczniemy ulegać dziecku. Nauczymy je, że złoszcząc się osiąga swój cel – nawet jeśli nie otrzyma upragnionego przedmiotu, skumuluje na sobie tak wiele uwagi, że zrekompensuje mu to stratę.

 

Metoda poradzenia sobie z tym problemem brzmi łatwo, choć taka nie jest: to ignorowanie. Sygnał zwrotny, który można by wyrazić taki słowami: „Płaczesz, ponieważ nie udało ci się postawić na swoim. Rozumiem cię i kocham nawet wtedy, gdy krzyczysz. Lecz w tej chwili nie będę zajmować się twoim płaczem, poczekam, aż minie. Być może odeślę cię na ten czas w wybrane przez nas miejsce. Albo poczekam tu, aż ci przejdzie. Jeśli akurat idziemy do parku, będziemy iść razem, a ty będziesz płakał. Jeżeli akurat robię zakupy, zrobię je, a ty będziesz płakał. Przykro mi, że nie jesteś zadowolony, liczę, że szybko ci przejdzie”.

 

Krzyku nie wolno wyśmiewać, nie należy kontratakować swoim krzykiem. I przede wszystkim krzyk nie może nami manipulować: nigdy.

 

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Dotyczy to zwłaszcza matek, których dzieci robią sceny w miejscach publicznych. Kierowniczka przedszkola, do którego jakiś czas chodziliśmy z Promyczkiem opowiedziała mi o przypadku swojej córki: w domu była wzorową dziewczynką, za to poza domem złościła się przy każdej okazji. Wszystko dlatego, że kobiecie było o wiele trudniej ignorować jej płacz i histerie poza domem.

 

Doskonale ją rozumiem. Warto jednak zadać sobie pytanie: „Dlaczego płacz dziecka tak bardzo wytrąca nas z równowagi?”. A do wiedzy na ten temat prowadzi inne pytanie, które usłyszałam z ust terapeutki: „Jakie myśli przychodzą pani do głowy, kiedy pani dziecko krzyczy?”.

 

Warto się nad tym zastanowić, bądź przeanalizować, kiedy znów będziemy świadkami ataku histerii. Zrobiłam to. Oto co zauważyłam: kiedy moje dziecko krzyczy w miejscu publicznym w głowie powstaje mi wielki zamęt, zaczynam odczuwać typowe symptomy stresu – nie mogę jasno myśleć, pocą mi się dłonie. Mój organizm chce przede wszystkim, by źródło stresu ustało. Być może ma to związek z tym, że jako osoba nie lubię być w centrum uwagi, a jako matka („zła matka!”) właśnie się w nim znalazłam. Dlaczego jestem zła? O, z wielu powodów. Najwyraźniej nie udało mi się wychować mojego dziecka. Ma cztery lata, a krzyczy jakby miało dwa. Przeszkadza innym (zrobiono na ten temat badania: matce wydaje się, że krzyk jej dziecka brzmi o wiele donośniej niż odbiera to otoczenie). Jestem złą matką również dlatego, że nie potrafię ukoić płaczu swojego dziecka, nie mam podejścia.

 

Radzę, żebyście wypisali myśli, które towarzyszą wam w chwilach dziecięcej histerii, bo dopiero wtedy możecie podjąć z nimi polemikę. Jeśli nie przeprowadzicie takiej analizy, powiecie tylko: czuję się okropnie. A jeżeli tak jak ja kiedyś chcecie przerwać łańcuch wymuszania, przygotujcie się, że trzeba będzie znosić krzyk, dużo, dużo krzyku.

 

My w tym celu pojechaliśmy na prawdziwy obóz przetrwania. Dwa tygodnie w Gdyni ubiegłego lata. Tak zwany urlop wypoczynkowy. Dziś bardzo miło go wspominam, ale łatwo nie było. I to wszystko odbyło zgodnie z planem. Jak zapowiedziała mi pani terapeutka, dziecko, które raz nauczyło się wymuszać, w przypadku, gdy ta strategia nagle przestaje działać w pierwszym odruchu intensyfikuje atak. Innymi słowy, skoro mama kiedyś ulegała, a teraz ignoruje wrzask, będę krzyczał dwa razy więcej.

 

Pamiętam długie spacery po deptaku w Gdyni, a potem pokonywanie uroczego wąwozu do osiedla w Gdyni Redłowo przy akompaniamencie wrzasków i lamentów. Czasami Promyczek uspokajał się dopiero koło domu. Powód? Chciał jeszcze pobawić się na plaży; albo pomoczyć ręce w lodowatej (to było zimne lato) wodzie – i przy okazji zmoczyć się od stóp do głów; albo nie kupiłam loda.

 

Szłam i próbowałam nie patrzeć ludziom w twarze. Bałam się oceny. Terapeutka powiedziała jasno: nie wolno ani ulec, ani krzyczeć. Tylko ignorować. Takie ignorowanie wygląda z zewnątrz jak nieczułość, choć w środku cała się gotujesz. W rzeczywistości ludzie reagują bardzo różnie. Spotkały mnie też miłe doznania. Podeszło jakieś małżeństwo z trójką dzieci i zaczęło wspominać swoje własne doświadczenia sprzed lat – „Jakbym widziała ciebie”, mówiła matka do dużego syna. Innym razem zagadnęła mnie starsza pani. „Nie wolno pani zwracać na to uwagi – powiedziała surowym, ale życzliwym głosem. – Ja też przez to przechodziłam”.

 

Ale nieważne są w sumie te wszystkie trudy, kiedy pomyślicie o celu – gdy Promyczek wrócił z Gdyni, był innym Promyczkiem – i to pod wieloma względami. Gdy dziecko przestaje z taką zaciekłością walczyć o swoje, uspokaja się. Ta walka wyczerpuje w rzeczywistości obie strony. Zwłaszcza że syn złościł się (i złości, bo wciąż sporadycznie się to zdarza) o drobiazgi. Pewnego dnia wstaje i nie zamierza myć zębów. Albo ubiera buty lewy na prawą nogę – taka prowokacja, która w sumie nic mu nie daje. Jeśli dziecko podporządkowuje się rodzicom i jest dodatkowo za to chwalone, dostaje skrzydeł. Okazuje się, że tak jest lepiej niż toczyć dramatyczne boje o własną niezależność.

 

W trakcie mojej prywatnej walki z wrzaskiem nauczyłam się paru spraw:

1. Zaplanuj na co się nie zgadzasz, a co możesz ostatecznie zaakceptować.
2. Czasami możecie wygrać „razem”.

 

1. Wyróżniłabym trzy kategorie spraw.
– Te, w których nie wolno nam ustąpić. Nie ma mowy, by małolat bawił się elektrycznością, ostrymi narzędziami, żeby malował kredką po ścianie, szczypał siostrę albo rzucał papierki na ulicy.

– Te, w których nie należy ustępować, bo w ten sposób łamiemy zasady, jakie sami ustanowiliśmy. Zasada może brzmieć: „Jemy tylko przy stole”. Wtedy nie możemy się zgodzić, żeby dziecko jadło ciastka przed telewizorem.
Albo: „Brudne ubrania wrzucamy do kosza na pranie”. Nie akceptujemy, kiedy brudne skarpetki leżą w pokoju dziecka na podłodze.

– Te, w których ustępujemy, bo ostatecznie dom nie może składać się z samych zakazów i nakazów. Możemy się zgodzić, żeby dziecko zjechało po drewnianych schodach na pupie (to duża frajda!); albo możemy się zgodzić, że dziecko po domu chodzi bez kapci. Możemy zaakceptować, że dziecko ma bałagan na półkach, pod warunkiem, że zabawki nie leżą na podłodze.

Wydaje mi się, że właśnie ta trzecia kategoria spraw jest bardzo ważna. Zwłaszcza w przypadku małego buntownika, który nagle – pod wpływem psychoedukacji zmartwionych rodziców – został siłą wtrącony w system rygorystycznych zasad. Zostawmy mu zdefiniowaną przestrzeń wolności. Nie zakazujmy, jeżeli nie musimy – pod warunkiem, że sprawa nie należy do dwóch pierwszych kategorii. I bądźmy konsekwentni: tu jest zakaz (zawsze), a tu go nie ma.

 

2. Wygrać razem to postąpić zgodnie z przysłowiem: „I wilk syty i owca cała”. Chodzi o konfrontację, w wyniku której obie strony są zadowolone. Jestem zwolennikiem tej metody. Kiedy zaczęłam walczyć z wymuszaniem przy pomocy wrzasku, zauważyłam, że syn – przyzwyczajony do stawiania na swoim – lepiej znosi porażkę (ustąpienie), jeśli przynajmniej jakiś drobiazg poszedł po jego myśli.

Przykładowo: chcę, żeby syn ubrał bluzkę, na którą nie ma ochoty (Promyczek rzeczywiście ma ulubione bluzki, z powodu których stoczyliśmy ciężkie bitwy, gdyż czasem jednak trzeba je prać). Ponieważ ulubiony ciuch akurat jest w praniu, syn musi wybrać jedną z trzech innych koszulek, z tym że na żadną oczywiście nie ma ochoty. W gorsze dni Promyczek może zareagować buntem, a nawet krzykiem w dawnym stylu. Co może pomóc? Promyczek założy bluzkę, ale swój protest zaakcentuje w sprawie skarpetek – z pozoru bez znaczenia (tu nie ma ulubienic). Pójdzie do szafy i weźmie inną parę. Fakt małego zwycięstwa – postawienia na swoim – tak go cieszy, że zapomina o perypetiach z bluzką.

Inny przykład: Promyczek nie ma ochoty wykonywać ze mną ćwiczeń logopedycznych i akurat tego dnia mocno to akcentuje. Wie jednak, że protest nic tu nie da. Wtedy głośno domaga się napoju. Gdy przynoszę do pokoju wodę z sokiem, chłopiec uspokaja się i ładnie ćwiczy. Ma na koncie przynajmniej jedno małe zwycięstwo.

Podsumowując, nasz podstawowy cel został osiągnięty: dziecko jest ubrane, zrobiło trudne i żmudne ćwiczenia. A przy okazji ma w ustach smak zwycięstwa, ponieważ coś ugrało. Wydaje mi się, że warto dać mu taką satysfakcję. Pod warunkiem, że wciąż jesteśmy szefami, a nasze wymagania zostały spełnione.